• Ajka Minimalistka

Z lekkim bagażem

Wakacje, sezon urlopowy trwa. Ze względu na wciąż obowiązujące w niektórych miejscach ograniczenia związane z epidemią zapewne wiele osób nie zdecyduje się na wyjazd wakacyjny w ogóle lub wybierze odpoczynek w kraju zamiast zagranicy. Jednak prędzej czy później każdy gdzieś w końcu wyjeżdża. Ja swoją pierwszą część urlopu mam za sobą. Z uwagi na niepewność sytuacji i wciąż zmieniające się wytyczne wolałam nie wyjeżdżać na razie za granicę. Pomyślałam, że warto wykorzystać ten czas, by zobaczyć jakieś miejsce w Polsce, które zawsze chciałam poznać, a nigdy nie miałam ku temu okazji. Drugą połowę czerwca spędziłyśmy więc z moją siostrą we Władysławowie i na Helu.


Sztuka pakowania się to jeden z moich ulubionych minimalistycznych tematów. Celowo używam określenia „sztuka”, ponieważ uważam umiejętność podróżowania z małym bagażem za kunszt, który wymaga pracy i doskonalenia się. Tej zdolności nie nabywa się z dnia na dzień. Wymaga ćwiczeń. Dlatego każdy, nawet krótki wyjazd, na przykład cotygodniowe odwiedziny u Mamy czy wypad na weekend poza miasto, traktuję jako okazję do wprawiania się w pakowaniu. Nawet zawartość torby na siłownię czy mojej podręcznej torebki sprawdzam często, czy nie wkradł się tam nadmiar i chaos.


W pierwszych latach zainteresowania minimalizmem i wdrażania go wciąż jeszcze woziłam ze sobą sporo rzeczy. Z tego co wiem, nie tylko mi nauczenie się, jak pakować się sprytnie i kompaktowo, nie przyszło łatwo. Czasem nawet osoby dość już wprawione w minimalistycznych praktykach mają z tym kłopot. Zapewne dlatego, że w domu, gdzie wszystkie swoje rzeczy ma się pod ręką, człowiek czuje się bezpiecznie. Natomiast każda podróż jest z samej swojej natury wyjściem poza tę wygodną strefę. Błędem, który popełniają osoby niepotrafiące podróżować z małym bagażem, jest próba zapewnienia sobie tego domowego poczucia pełnego bezpieczeństwa również poza miejscem stałego zamieszkania.

W moim przypadku przełom nastąpił wtedy, gdy w końcu odważyłam się wyjechać z naprawdę za małą ilością rzeczy, jak na moje ówczesne poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Kilka sztuk odzieży, podstawowe kosmetyki, zero ozdób i produktów do makijażu. Wówczas nie byłam jeszcze tak oswojona z noszeniem często tych samych ubrań czy pokazywaniem się światu bez makijażu i biżuterii, więc nie czułam się z tym do końca najlepiej. Wróciłam z tego wyjazdu z przekonaniem, że jednak poszłam za daleko. Ale to przekroczenie granicy pomogło oswoić się z niewygodą ograniczeń małego bagażu. Ważnym krokiem było też zaakceptowanie konieczności prania w rękach. Zdawałam sobie sprawę, że bez tego trudno będzie znacząco zmniejszyć ilość zabieranych rzeczy. Nie lubię prać ręcznie. W domu robię to bardzo rzadko, mam tylko dwie sztuki delikatnej bielizny, które wymagają takiego traktowania. Nie sprawia mi przykrości zmywanie ręczne, nie mamy zmywarki. Tak, wiem, że zmywarka pomaga oszczędzać wodę. Ale nie mam na nią miejsca i przyzwyczaiłam się do życia bez takiego urządzenia. Natomiast pralkę kocham i bez niej byłoby mi trudno funkcjonować. W dzieciństwie widziałam zresztą, ile było utrapienia z praniem w domu, w którym nie mieliśmy dostępu do bieżącej wody i kanalizacji, a pralka Frania była szczytem nowoczesności. Nikt mnie nie przekona do tego, że pranie w rękach jest super, eko i cool. Dla mnie to męka. Więc tym większym wyzwaniem było pogodzenie się ze świadomością, że pranie w rękach na wyjazdach może być naprawdę pomocne w ograniczaniu wielkości bagażu. A przecież nie zawsze na wyjeździe ma się dostęp i możliwość skorzystania z pralki.


Minęło trochę lat. Moje podejście do pakowania się ewoluowało od tamtych doświadczeń. Przede wszystkim teraz mam już wprawę w ograniczaniu się. Wiem, kiedy mogę sobie pozwolić na więcej luzu, a kiedy warto wyznaczyć sobie bardziej rygorystyczne granice. Jednak podróżowanie z małym bagażem sprawia mi mnóstwo frajdy. Traktuję je jako intelektualne wyzwanie, podobnie jak komponowanie kapsułowej garderoby.


Pomogło mi zaakceptowanie czasowej niewygody. Zrozumienie, że nie zawsze muszę mieć przy sobie wszystkie ulubione przedmioty. Podróż trwa przez określony czas, potem wraca się do swoich skarbów i codziennych zwyczajów. Czasowo mogę zrezygnować z wielu ułatwień czy rytuałów, by nie musieć zabierać ze sobą potrzebnych do nich akcesoriów.


Niejednokrotnie wspominałam już, jak bardzo pomogły mi w zmianie podejścia do pakowania wyjazdy w góry. Konieczność bycia przygotowanym na różne warunki pogodowe, a jednocześnie niesienia wszystkich swoich rzeczy na plecach, w nierównym terenie, czasem w deszczu czy w upale, skutecznie leczy z bagażowych fanaberii. Jednocześnie przekonałam się, że wiele z elementów odzieży, które pomagają funkcjonować w trudnych warunkach terenowych, znakomicie nadaje się do wykorzystania w podróży, bo są wykonane z funkcjonalnych tkanin, a zwykle niewiele ważą i zajmują mało miejsca w bagażu. Podobnie jak niektóre ubrania, które zakładam na trening w siłowni. I tak z górskiego wyposażenia na stałe do mojego zestawu podróżnego przeszedł podkoszulek merynosowy z długim rękawem, który zawsze mam w bagażu jako rezerwową warstwę docieplającą. Także w lecie. Natomiast z siłowni przeszła do użytku jako strój podróżny ulubiona czarna koszulka z tkaniny odprowadzającej ciepło i wilgoć, w której najczęściej ćwiczę. Łatwo się pierze, szybko schnie, jest wygodna i praktyczna, także jako warstwa stroju na cebulkę.

Z czasem w mojej garderobie, także codziennej, przybyło ubrań marek sportowych, chociaż nie zawsze o sportowym kroju. Mam przykładowo kilka sukienek letnich tego rodzaju i są moim uniwersalnymi strojami przez całe lato, w mieście, na wyjazdach, a nawet niektóre w pracy.


Gdy przed czerwcowym wyjazdem do Władysławowa zamieściłam na Instagramie i Facebooku to zdjęcie, na którym widać większość rzeczy, które znalazły się w moim bagażu:

... od razu zaczęły padać pytania: „co zabrałaś?”, „co to za buty?” itd. Oczywiście rozumiem, skąd takie pytania. Lubimy opierać się na gotowych rozwiązaniach, szukać inspiracji u innych. To całkowicie naturalne. Kłopot jednak w tym, że to, co sprawdza się u mnie, prawdopodobnie zadziała tylko u mnie. Bo mój zestaw jest dopasowany do moich potrzeb, upodobań, charakteru danego wyjazdu, przewidywanych warunków pogodowych, wyposażenia miejsca zakwaterowania itd. Szeregu zmiennych, ale przede wszystkim indywidualnych potrzeb osoby pakującej się i udającej się w podróż.


Mogę Wam opisać, co zabrałam, ale to dla wielu osób będzie zestaw zupełnie do niczego. Inne potrzeby, inny gust, inne podejście do wypoczywania i podróżowania. Chciałabym jednak pokazać Wam, co wpływa na moje osobiste wybory, bo może dzięki temu może łatwiej będzie Wam zrozumieć, jak pracować nad własnym podejściem i w którą stronę podążać.


Zacznijmy od tego, co widać na powyższym zdjęciu. Od lewej do prawej: organizer do bagażu, czyli taka dwukomorowa torebka, w której mieszczą się zwykle wszystkie moje ubrania zabierane na wyjazd, oprócz tego, co zakładam na czas podróży. Pomarańczowa tkanina na wierzchu to szal, którego używam też jako pareo. Powyżej kosmetyczka. Wiem, wygląda jak męska. Nie dbam o to, lubię takie rzeczy. Obok woreczek z kremami z filtrem. Poniżej w buty trekkingowe, które zabrałam jako obuwie na chłodniejszą pogodę, pod nimi w woreczku są sandały i pantofle domowe. Z prawej czarna koszulka, długie spodnie, lekki dzianinowy kardigan, czyli strój, który miałam na sobie w pociągu. Na zdjęciu nie widać: lekkiego kocyka, na którym plażowałyśmy, ręcznika kąpielowego, płóciennego ręcznika na plażę, oraz tego, co kryje się w organizerze: dwóch strojów kąpielowych i bielizny, koszulki jedwabnej do spania,trzech par skarpetek, trzech sukienek sportowych, lekkiego wdzianka z długim rękawem. Poza tym torba podręczna, w której noszę dokumenty, pieniądze, telefon, czytnik książek, a nad morzem używałam jej też jako torby na plażę.


Celowo nie skupiam się na firmach i markach, bo tym razem nie chcę rozpraszać tym Waszej uwagi. Nie konkretne przedmioty są tu istotne, ale sposób, w jaki moje codzienne nastawienie do życia wpływa na sposób pakowania. Na co dzień mój styl jest bardzo prosty, może nawet bywa ascetyczny. Nie codziennie nakładam makijaż, biżuterii obecnie noszę niewiele i też nie zawsze. Nie oznacza to, że nie lubię strojów i dbania o wygląd. Na spotkania towarzyskie, randki z mężem, wyjścia do restauracji lubię założyć coś bardziej eleganckiego, seksownego, piękną sukienkę, buty na obcasie, coś z biżuterii, umalować się, czasem nawet mocno. Ale mogę się bez tego obyć, gdy zależy mi przede wszystkim na lekkości i wygodzie. Poniżej dwa przykłady moich zestawów w praktyce, zwiedzanie Trójmiasta. Bardzo prosto, prawda?

Gdybym wyjeżdżała z mężem, zabrałabym odrobinę więcej rzeczy. Coś niesportowego i nieturystycznego, seksowną sukienkę, trochę kosmetyków do makijażu, może coś z biżuterii. Sandały na koturnie. Nie obciążyłyby mnie te rzeczy znacznie, a byłoby mi przyjemniej, gdybyśmy wybierali się gdzieś wieczorem na drinka czy romantyczny spacer.


Nie wożę ze sobą wielu rzeczy na zmianę. Dawniej zabierałam też pokaźną apteczkę, teraz zabieram tylko podstawowe środki, coś przeciwbólowego, środek do dezynfekcji, kilka plastrów, specyfiki na niedyspozycje układu pokarmowego. Nie widzę potrzeby dźwigać więcej, gdy wiem, że w danej miejscowości jest apteka. Rzecz oczywista: żadnych suszarek do włosów, akcesoriów do stylizacji. Mam bardzo prostą fryzurę i nie odczuwam potrzeby jej układania.


Czy to podejście dla każdego? Pewnie nie. U mnie się sprawdza. Jeśli ciekawi Was ten temat i chcecie posłuchać o tym, dlaczego minimalistyczny sposób pakowania się może przydać się rodzicom podróżującym z małymi dziećmi i dowiedzieć, które z wymienionych powyżej rzeczy okazały się zbędne (tak, były takie!), zajrzyjcie do zakładki Podcast, tam znajdziecie odcinek pod tym samym tytułem co wpis.

Nie zapominajcie również, że możecie wspierać moją działalność i pisanie poprzez serwis Patronite, bezpośrednie łącze u dołu strony.

0 wyświetlenia
  • White Facebook Icon
  • White Instagram Icon
  • YouTube

©2020 Anna Mularczyk-Meyer

Utworzono z pomocą wix.com