• Ajka Minimalistka

Powolne podróże - Santorini

Aktualizacja: wrz 28

W powietrzu unosi się już zapach jesieni. Bardzo lubię tę porę roku, ale dzisiaj chciałabym przywołać wspomnienie lata, opowiadając o naszym niedawnym wyjeździe na grecką wyspę Santorini. Jeśli znasz mnie od dawna, wiesz, że jestem miłośniczką kultury śródziemnomorskiej,

nie tylko Grecji. Cały ten region jest od lat moim i męża ulubionym kierunkiem wyjazdowym, nie tylko wakacyjnym. W tym roku, ze względu na sytuację sanitarną i rozliczne ograniczenia z nią związane, wydawało się, że nie uda się nam wyjechać za granicę. Smutno nam było z tego powodu. Podróże są dla nas bardzo ważną częścią życia. Wiele z naszych decyzji życiowych podjęliśmy z myślą o tym, by mieć możliwość regularnych wyjazdów i poznawania świata. A przynajmniej Europy. Nie oznacza to, że nie doceniamy piękna Polski. Lubimy podróżować po naszym kraju i wciąż znajdujemy tu piękne i niezwykłe miejsca. W czerwcu na przykład byłam z moją siostrą na Helu i miejsce to całkowicie mnie oczarowało, wiem, że tam wrócę, gdy tylko będę miała możliwość.


Jednak pokusa powrotu do ukochanej Grecji była coraz silniejsza. Po części także dlatego, że coraz bardziej chciało się uciec choć na chwilę od całej tej dziwności. Sytuacja polityczna, ograniczenia koronawirusowe... Poza tym we wrześniu przypada rocznica naszego ślubu, w tym roku taka okrąglejsza, chcieliśmy ją spędzić w jednym z ważnych dla nas miejsc. W końcu ulegliśmy, zachęceni korzystnymi promocjami na połączenia lotnicze na Cyklady, i postanowiliśmy powrócić na już dobrze nam znaną wyspę Santorini. Za każdym razem, gdy mówimy, że byliśmy tam już kilka razy i spędziliśmy na wyspie w sumie ponad miesiąc, spotykamy zdziwione spojrzenia, a czasem i komentarze, z których wynika, że rozmówca uważa nas za burżujów, bo przecież to takie drogie i luksusowe miejsce. O tym, czy tak jest naprawdę, mówiłam wielokrotnie w cyklu materiałów wideo „Santorini nieluksusowe”, ale na razie zostawmy ten temat.

Wszystkie zdjęcia: Robert Meyer

Im bliżej było do wylotu, tym bardziej obawialiśmy się, czy w ogóle dojdzie do skutku. Gdy podejmowaliśmy decyzję o wyjeździe, sytuacja epidemiologiczna wydawała się być opanowana, a tymczasem niedługo potem zaczęto zaostrzać ograniczenia, lista krajów objętych zakazem lotów niepokojąco wydłużyła się. Do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, czy się uda. Czy coś nie stanie nam na przeszkodzie albo czy też nie utkniemy gdzieś w izolacji, na kwarantannie. Wiele mogło się wydarzyć. Nie obawialiśmy się wirusa jako takiego, bo przecież i tak można mieć z nim kontakt wszędzie, nie lekceważymy sytuacji, ale też i dalecy jesteśmy od paniki. Zachowujemy zasady higieny, dystansu, zakładamy maseczki, gdy jest to wymagane, myjemy i dezynfekujemy dłonie. Skoro podróżujemy po mieście, po kraju, chodzimy do pracy, sklepów i spotykamy się z ludźmi, czemu nie mielibyśmy wyjechać trochę dalej, zachowując wymagane środki ostrożności?


Sama podróż była stresująca. Było dziwnie, inaczej niż zwykle, nieco przerażająco. Pomiary temperatury, opustoszałe lotniska, cały czas obowiązek noszenia maseczki, wyrywkowe testy na lotnisku w Atenach. W Balicach kogoś nie wpuszczono do samolotu, bo nie dopełnił formalności. My dotarliśmy w końcu na miejsce niezatrzymywani ani nie poddawani testom, ale chwilę trwało, zanim adrenalina opadła. Potrzebowaliśmy całego dnia, by uwierzyć, że jednak udało się dojechać i że naprawdę jesteśmy znów na tej niezwykłej wyspie.


Oprócz pragnienia odpoczynku w pięknym miejscu, plażowania, leniuchowania i świętowania rocznicy, mieliśmy jeszcze inną motywację do odwiedzenia Santorini, tej najbardziej chyba rozpoznawalnej greckiej wyspy, właśnie w tym roku, w tym osobliwym czasie. Miejsce to jest bardzo często odwiedzane i zwykle zatłoczone. Zalewają je przede wszystkim tłumy Azjatów i Amerykanów. I oczywiście instagramerki wszystkich nacji, polujące na piękne tła do selfie i zachody Słońca nad kalderą. Byliśmy niezwykle ciekawi, jakie oblicze pokaże nam wyspa teraz, gdy dociera na nią zaledwie niewielki ułamek z tej zwykłej liczby turystów. Nikt nie wie, czy nadarzy się jeszcze okazja, by mieć ją niemal tylko dla siebie. Szczerze mówiąc, wolałabym, by takie okoliczności już się nie powtórzyły, co chyba oczywiste.


By na własne oczy zobaczyć Santorini w czasach kryzysu, trzeba było jednak podjąć to ryzyko. Gdy już stres minął, okazało się, że naprawdę było warto. Na każdym kroku miejscowi powtarzali nam, że wprawdzie dla nich to fatalny i trudny czas, ale dla nas, odwiedzających, najlepszy. Bo miejsca zwykle zatłoczone teraz są praktycznie puste. Plaże, gdzie za wynajęcie leżaka trzeba było płacić, teraz nęcą możliwością korzystania z leżanek w cenie nawet drobnej konsumpcji - kawy czy piwa. Dawniej można było znaleźć takie opcje, ale w większości popularnych miejscówek wymagane były dodatkowe, nieraz wysokie opłaty. Teraz nie dało się przejść bulwarem wzdłuż plaży, nie będąc wielokrotnie nagabywanym przez naganiaczy, zachęcających, by zostawić te kilka euro właśnie u nich.

Turystów zagranicznych było nieporównanie mniej niż zwykle, ale za to w tej garstce odwiedzających wyspę można było zauważyć proporcjonalnie więcej Greków, często z Aten, którzy wykorzystują ten czas podobnie jak Polacy w te wakacje: by lepiej poznać własny kraj. Co jeszcze się zmieniło? Pracownicy pensjonatów czy restauracji o wiele chętniej angażowali się w rozmowę z nami, bo zwyczajnie mają teraz dużo czasu, a często wręcz się nudzą. Dopieszczają więc klienta jak nigdy wcześniej. Restauracje i miejsca noclegowe świecą pustkami. Nierzadko byliśmy jedynymi gośćmi w lokalu, a w dwóch z trzech miejsc, w których nocowaliśmy podczas pobytu, oprócz naszego był zajęty jeszcze tylko jeden pokój. To bardzo nietypowe jak na tę porę roku, gdy zwykle sezon trwał w pełni.


Smutny to był widok. I napawa smutkiem świadomość, że wiele tych najmniejszych, rodzinnych biznesów, może nie dotrwać do przyszłego roku. Bogaci i tak sobie poradzą, jak zwykle, ale ci mniejsi i biedniejsi, albo dopiero od niedawna działający, mogą nie udźwignąć tego ciężaru.


Poza tym: wyspa zachwyca przyrodą, jak zwykle. Wulkaniczne krajobrazy, niezwykłe formacje geologiczne, kolory i zapachy... to wszystko, za co Santorini pokochaliśmy, jest na miejscu i trwa. Przyroda robi swoje, nie martwiąc się naszymi ludzkimi sprawami. Tylko koty cierpią przez brak turystów, którzy zawsze dokarmiali je resztkami z talerzy w tawernach.

Zostawiam Was na razie z kilkoma zdjęciami, a tych, którzy lubią też wideo, zapraszam na kanał, gdzie opublikowałam świeżo filmową impresję z wyjazdu, gdzie możecie zobaczyć nieco lepiej, jak pusto (i pięknie) jest w tym roku na Santorini.



416 wyświetlenia
  • White Facebook Icon
  • White Instagram Icon
  • YouTube

©2020 Anna Mularczyk-Meyer

Utworzono z pomocą wix.com