• Ajka Minimalistka

Minimalistka w kuchni

O temat prostego gotowania i minimalizmu w kuchni jestem nagabywana od dawna. Opierałam się mu jednak. Przede wszystkim dlatego, że mój obecny sposób odżywiania jest bardzo specyficzny, niektórym osobom może wydawać się nawet radykalny, dziwny, a wręcz niezdrowy. Jednak faktem jest, że moje i męża posiłki (nie zawsze jemy to samo) są zwykle bardzo proste, w kuchni nie mam zbyt wielu sprzętów czy wymyślnego wyposażenia, a gotowanie nie zabiera mi dużo czasu. Pomimo dziwności moich zwyczajów żywieniowych moje doświadczenia czy podejście mogą więc chyba być użyteczne dla osób odżywiających się w zupełnie inny sposób.


Zwykle hasło „minimalizm w kuchni” kojarzy się z wystrojem wnętrz. Wiecie, coś takiego: puste blaty, stonowane barwy, dużo bieli, większość przedmiotów pochowanych przed wzrokiem.

Z czasem coraz bardziej podobają mi się wnętrza urządzone w tym stylu. Może nie aż tak monochromatycznie jak na zdjęciu powyżej, z większą dozą koloru, życia i energii, z najniezbędniejszymi i najczęściej używanymi rzeczami jednak na wierzchu, pod ręką, by nie trzeba było ich za każdym razem wyciągać z szafek. Ale lubię, gdy większość powierzchni płaskich nie jest zastawiona.


Nasza kuchnia, a właściwie aneks kuchenny, to niewielki kącik. Dwie osoby robią już w niej tłok. Przestrzeni do przechowywania niewiele, podobnie jak i miejsca na blatach. Każdy dodatkowy przedmiot robi różnicę. Dlatego też z czasem zrezygnowaliśmy z wielu urządzeń, które tę cenną przestrzeń zapełniały. Z elektrycznego ekspresu do kawy i tostera na przykład. Kawę robimy

w klasycznej kawiarce, a tosty łatwo zrobić na patelni (poza tym tosty w tym domu obecnie to rzadkość). Podobnie działo się z zawartością szafek. Z upływem lat coraz rzadziej mamy ochotę na słodkie wypieki, obecnie piekę ciasta zaledwie parę razy do roku. Pozbyłam się więc większości akcesoriów do tego potrzebnych, zostawiłam tylko podstawowe blachy. Uwolniłam również sporo elementów zastawy, naczyń, szkła, garnków. Oczywiście żadna z tych rzeczy nie wylądowała

na śmietnisku. Kilka partii zostało przekazanych znajomym, którzy urządzali się w nowych mieszkaniach lub domach. Dużo rzeczy wystawiałam po prostu do oddania za darmo przez serwisy ogłoszeń lokalnych. Zawsze ogłoszenia te cieszyły się dużym zainteresowaniem i nie trzeba było długo czekać na odebranie fantów. W szafkach zrobiło się luźno, więc i zawartości blatów można było jeszcze trochę pochować. Takie czystki przeprowadzałam wielokrotnie, aż do momentu, gdy zostaliśmy z solidnym zestawem rzeczy ładnych i użytecznych, potrzebnych regularnie. Teraz każdy zakup jakiegokolwiek elementu wyposażenia kuchennego, czy to naczyń, czy urządzeń, jest starannie planowany i odwlekany. Gdy jakieś urządzenie psuje się i nie da się naprawić, odczekujemy z ewentualnym zakupem zastępcy, by dać sobie czas na zastanowienie, czy naprawdę jest potrzebny. Na przykład od wielu miesięcy zwlekam z odkupieniem blendera ręcznego. Jestem już bliska, bo wraz z nadchodzącą jesienią wraca sezon na rozgrzewające zupy, a w blenderze kielichowym nie da się ich miksować - wyłącza się ze względu na wysoką temperaturę. Na szczęście taki blender ręczny nie zajmuje dużo miejsca.


Moje kuchenne minimum wyposażenia to w pierwszej kolejności ostre noże. Nie gotowy zestaw, ale komponowany samodzielnie. Mam w tej chwili duży japoński nóż szefa, podobny do tego

ze zdjęcia poniżej, jeden mały do obierania warzyw i owoców oraz nóż do pieczywa, z piłką, ten ostatni używany dość rzadko, chyba można by się bez niego obejść.

Poza tym bardzo ważne jest dla mnie, by dysponować dobrą nieprzywierającą patelnią, używam też żeliwnej grillowej, do warzyw i mięsa. Kilka podstawowych garnków ze stali nierdzewnej. Zrezygnowaliśmy za to z czajnika, bo wodę można gotować w rondelku. Naczynie żaroodporne

do zapiekania, proste metalowe blachy do piekarnika. Miski do mieszania i przygotowywania potraw. Solidna drewniana deska. Właściwie tyle, jeśli chodzi o absolutne podstawy.


Jeśli chodzi o samo gotowanie: nie uważam, by było koniecznością w obecnych warunkach. Przy tak szerokiej ofercie dań gotowych, półproduktów i usług gastronomicznych w szerokim zakresie cen można swobodnie funkcjonować, nie potrafiąc gotować i nie gotując w domu. Nie każdy chce, nie każdy lubi, nie każdy chce znajdować czas na gotowanie. Kwestia wyboru, możliwości

i upodobań. Osobiście uważam, że przekazy marketingowe przedstawiające gotowanie jako stratę czasu wyrządziły mnóstwo złego we współczesnym świecie, ale w dalszym ciągu jestem przekonana, że nie ma niczego nagannego w niegotowaniu. Z mojego punktu widzenia oddanie innym kontroli nad swoim talerzem jest ryzykownym wyborem, ale nikogo nie namawiam

do przyjęcia mojego podejścia.


Z jakiegoś powodu moi znajomi uważają, że nie dość, że lubię gotować, to jeszcze mam na to mnóstwo czasu. Wiadomo, wolny zawód, pracuję w domu, muszę mieć dużo wolnego czasu,

z którym nie wiem, co począć, więc z nudów gotuję. Nic bardziej mylnego. Do gotowania mam raczej neutralny stosunek emocjonalny. Ani lubię, ani wręcz przeciwnie. Czasem mi się nie chce gotować, czasem mam na to większą ochotę, ale bez szaleństw. Owszem, lubię piec, ale z racji naszych upodobań, a raczej rzadkiej chęci na słodkie, właściwie nie piekę wcale (ciast, bo zapiekanki warzywne czy tarty wytrawne dość często goszczą na naszym stole). Czasu na gotowanie nie mam wcale więcej niż inni, bo przecież pracuję, piszę książki, bloguję, nagrywam materiały, regularnie chodzę na siłownię, spotykam się ze znajomymi, spędzam czas z najbliższymi. Powiedzmy, że mam go tyle samo, co każdy, i zależy mi na jego optymalnym i racjonalnym wykorzystaniu.


Porządek w kuchni i jej nieprzeładowanie pomaga w sprawnym przygotowaniu posiłków. Wiem, gdzie co mam, pewnie sięgam po potrzebne utensylia i składniki. Właśnie, składniki - to była kolejna ważna lekcja do przepracowania. Niegdyś miałam skłonności do robienia dużych zapasów żywności, zapewne kwestia systemu myślenia wyniesionego z domu rodzinnego, wykształconego w czasach PRL-owskich niedoborów zaopatrzeniowych. Jednak magazynowanie znacznych ilości jedzenia w małej kuchni jest niewygodne. Co więcej, prowadzi do marnotrawstwa. A przecież mieszkamy w dużym mieście, dobrze zaopatrzone sklepy mamy w odległości kilkuset metrów od bloku. Na wsi, gdy na zakupy trzeba jeździć daleko, a zwykle przestrzeni do przechowywania ma się więcej, robienie większych zakupów, ale za to rzadziej, ma wiele sensu. Z drugiej strony, nie chcę być zmuszona chodzić do sklepów codziennie.


Udało się wypracować wyśrodkowane podejście do zapasów. Mam żelazny zestaw produktów, które w domu muszą być zawsze, by można było przygotować szybko i sprawnie posiłek nawet wtedy, gdy jesteśmy zabiegani, nie ma czasu na zakupy ani na gotowanie. Nasza lista obowiązkowa obejmuje przede wszystkim: kawę, jajka (przywożę ze wsi), cebulę i czosnek, butelkę oliwy, masło, tłuszcz gęsi do smażenia, puszkę pomidorów, butelkę passaty pomidorowej, zamrożone ostre papryczki, paczkę makaronu z warzyw strączkowych (np. z ciecierzycy), słoik jakiegoś przetworu warzywnego (kiszone ogórki, papryka konserwowa, pikle), kaszę jaglaną, tabliczkę gorzkiej czekolady. Z tych składników zarówno mogę przygotować wiele wariantów śniadaniowych (zwykle na bazie jajek), jak i obiadowych (np. makaron w sosie pomidorowym albo z oliwą, papryczką i czosnkiem). W zamrażalniku mam też zwykle zamrożony kawałek mięsa lub ryby, czasem też znajdzie się tam gotowy wywar na kościach jako baza do zup. Resztę, czyli świeże warzywa, owoce, mięso czy ryby, uzupełnia się na bieżąco, robiąc zapasy na najbliższe dni, tak, by można było je zużyć przed zepsuciem czy upływem terminu ważności. Od czasu do czasu robi się i tak potrawy typu „sprzątanie lodówki”, np. zapiekanki, do których wrzuca się wszystkie te produkty, które jeszcze są jadalne, ale już tracą jędrność i urodę.


Gdy na wiosnę z racji ograniczeń sanitarnych zalecano, by nie chodzić często na zakupy, znów trzeba było zgromadzić większe zapasy jedzenia i wcale nie było mi z tym dobrze, bo stresowałam się, że coś przegapię, czegoś nie zużyjemy, coś się zepsuje. Udało się uniknąć takich porażek, ale było to męczące.


Wracając do tematu, od którego zaczęłam, czyli mojego dziwnego sposobu odżywiania. Co tak właściwie jem i jak wygląda większość moich posiłków? Przede wszystkim obecnie jem maksymalnie trzy posiłki dziennie, czasem dwa, ale za to do sytości (ale nie do uczucia przejedzenia). Od dawna jemy na obiad tylko jedno danie, albo zupę, albo tak zwane drugie. Dwa dania to za dużo, i pracy, i jedzenia, a i organizm męczy się, trawiąc wiele składników na raz.


Mam nietolerancję pokarmową (mocno reaguję na gluten), ale też nie służą mi większe ilości węglowodanów złożonych (płatków owsianych, kasz, ziemniaków, ryżu). Również warzywa strączkowe ograniczam ilościowo, nie jem ich często, chociaż je lubię, podobnie zresztą jak wspomniane produkty skrobiowe. Te ograniczenia znacznie zawężają listę pokarmów, które mogę jeść swobodnie, bez obaw o samopoczucie. Dawniej unikałam też nabiału, teraz pozwalam sobie na niego częściej, bo obserwacje wykazały, że raczej mi nie szkodzi, zwracam tylko uwagę na skład, by nie zawierał za dużo wypełniaczy, mleka w proszku itp.


Moje typowe śniadanie to jajka w różnych postaciach w towarzystwie warzyw. Jajecznice, omlety (czasem na słodko), jajka na miękko, na twardo. Gdy mam dość jajek: mięso na zimno z wczorajszego obiadu lub ryba wędzona, plus oczywiście warzywa.

Drugi posiłek, czyli obiad, to zwykle kawałek mięsa lub ryby i znów warzywa do tego. Kolacja, jeśli ją jem, to owoce solo, jogurt z owocami lub koktajl owocowo-warzywny.

Mój mąż nie ma konieczności zachowywać takich restrykcji, więc do jego jadłospisu dochodzi pieczywo, kasze, ryże, makarony, ziemniaki. Dużo więcej luzu, ale nadal prosto, też ze sporą proporcją warzyw.


Jak widać, nasze menu jest bardzo proste, nieprzekombinowane. Jeśli ciekawi Cię ten temat, tzn. chcesz, bym przygotowała o tym odrębne materiały, opisała, jak i dlaczego doszłam do takiego podejścia, daj mi znać. Taki sposób odżywiania wynika z długotrwałej obserwacji siebie, poznawania reakcji organizmu, prób i błędów, budowania świadomości. Minimalizm bardzo mi pomógł w tym procesie, bo sprzyja eliminowaniu tego, co niekorzystne i zachęca do szukania własnej drogi w każdej dziedzinie.


Pamiętaj też proszę, by podzielić się tym wpisem, jeśli uznasz go za wart przeczytania, może ktoś z Twoich znajomych będzie nim zainteresowany. Poza tym zawsze mile widziane wspieranie mnie przez platformę Patronite, pomoc Patronów wiele dla mnie znaczy, z każdą kolejną osobą coraz bardziej pomaga mi w regularnym publikowaniu materiałów.

654 wyświetlenia
  • White Facebook Icon
  • White Instagram Icon
  • YouTube

©2020 Anna Mularczyk-Meyer

Utworzono z pomocą wix.com