• Ajka Minimalistka

50 rodzajów rzeczy, których nie kupuję

Aktualizacja: 4 dni temu

Lubię słuchać i czytać o tym, czego nie kupują różne osoby praktykujące minimalizm. Uważam, że to bardzo inspirujące materiały. Wiadomo, każdy z nas ma inne potrzeby, upodobania, przyzwyczajenia, więc niemożliwym jest, by czyjaś lista nadawała się do skopiowania punkt po punkcie, ale tego rodzaju zestawienia skłaniają do refleksji nad własnymi decyzjami konsumpcyjnymi, a czasem wskazują nowy kierunek. Oczywiście, kompilowanie takich wykazów jest formą skupienia się na przedmiotach, którego świadomy minimalista stara się unikać, myślę jednak, że jeśli potraktować je jako ćwiczenie czy formę zabawy, to, podobnie jak w przypadku zestawień rzeczy do wyrzucenia, może być to pouczające doświadczenie.


Poniżej przedstawiam więc wykaz rzeczy, których nie kupuję na obecnym etapie. Jeśli znajdziesz w tym zestawieniu artykuły, które kupujesz i uważasz za potrzebne, nie traktuj tego jako ataku na swoje zwyczaje czy poglądy. Moim celem nie jest piętnowanie kogokolwiek. Opowiadam jedynie o swoim życiu, takim, jakim jest teraz. Za jakiś czas ta lista może ulec zmianom. W aktualnym kształcie wynika z mojego stylu życia, upodobań, warunków życiowych, potrzeb osobistych. Może być jakimś punktem odniesienia czy luźną inspiracją, nie podręcznikiem żelaznych zasad. Co więcej, jestem pewna, że znajdzie się wiele osób, które w swoich decyzjach są o wiele bardziej radykalne czy pomysłowe ode mnie.


Do rzeczy jednak. Dla porządku podzieliłam wykaz na podgrupy. Kolejność w podgrupach przypadkowa.


Grupa I. Łazienka, czyli higiena osobista, pranie i sprzątanie:

  1. Płyn zmiękczający do płukania tkanin. Wprawdzie tu, gdzie mieszkam, mamy bardzo twardą wodę, nie widzę potrzeby stosowania takich środków. Zrezygnowałam z nich już dawno, bo męczą mnie syntetyczne zapachy typowe dla zmiękczaczy, a zaprzestanie ich używania znacznie ułatwiło pranie. Mamy sporo odzieży, której zgodnie z zaleceniami producentów nie należy traktować płynami do płukania (odzież sportowa, outdoorowa) i dzielenie prania na rzeczy do prania z płynem zmiękczającym i bez było niepotrzebnym kłopotem. Czasem do prania ręczników i pościeli dodaję odrobinę octu, a dla zapachu kilka kropli olejku eterycznego.

  2. Gotowe środki do sprzątania (mycia sanitariatów). Przyznaję, z tym nie było łatwo. Od dawna chciałam zrezygnować z używania agresywnych środków czyszczących do mycia kabiny prysznicowej, brodzika, toalety, ale jakoś mi to nie wychodziło. Pierwsze próby stosowania samodzielnie zrobionych specyfików na bazie sody oczyszczonej i szarego mydła nie dawały zadowalających rezultatów i wróciłam do ciężkiej artylerii, wspomagając się jedynie czasem octem i własnej roboty mydłem w płynie. Parę miesięcy temu postanowiłam podjąć kolejną próbę. Tym razem zakończoną sukcesem. Większość zabrudzonych powierzchni czyszczę, posypując je sodą oczyszczoną, a następnie spryskując octem z dodatkiem olejku eterycznego. Gdy soda z octem zaczyna reagować i spienia się, przecieram ściereczką. To bajecznie prosta, a skuteczna metoda. Dodatkowy bonus to przyjemny zapach ulubionych olejków zamiast gryzących i drażniących oparów agresywnych preparatów.

  3. Żel pod prysznic. Nie lubiłam wrażenia wysuszenia skóry, jakie pozostawia większość żelów pod prysznic. Przekonałam się, że dobrej jakości mydło w kostce (niekoniecznie drogie) sprawdza się o wiele lepiej, a na dodatek jest też dobrą opcją w podróży.

  4. Płyny do demakijażu. Do wieczornego mycia twarzy używam własnej roboty olejku myjącego według tej receptury. Znakomicie zmywa makijaż i brud, nie drażni. Robię go na bazie dowolnego oleju, jaki mam akurat w domu, czasem z oliwy albo z własnej roboty ziołowego maceratu olejowego.

  5. Gotowe toniki i płyny micelarne. Po pierwsze nie zawsze widzę potrzebę używania takich produktów. Po drugie gdy potrzebuję jakiegoś płynu do przemywania twarzy w celu jej dodatkowego oczyszczenia czy odświeżenia skóry, również sięgam po naturalne środki. Zwykle mam w domu jakiś ulubiony hydrolat ziołowy lub kwiatowy, a czasem przygotowuję domowy tonik z ziół, nasion czarnuszki, octu jabłkowego. Receptur jest bez liku, przygotowanie nie wymaga niezwykłych umiejętności ani specjalistycznego sprzętu.

  6. Jednorazowe waciki, płatki kosmetyczne, chusteczki do demakijażu. Ten punkt wiąże się po części z poprzednimi, czyli z techniką zmywania makijażu, jaką stosuję (czyli olejek do mycia pod prysznicem). Do przecierania twarzy hydrolatem czy wywarem ziołowym stosuję wielorazowego użytku płatki kosmetyczne, kupione na stronie Kokosi. Świetnie się ich używa, mam 20 sztuk, by wystarczyło między praniami (piorę z ręcznikami, ścierkami kuchennymi lub pościelą, w wyższej temperaturze, podobnie jak wielorazowe podpaski).

  7. Jednorazowe środki higieny menstruacyjnej (podpaski, tampony). Może raz na rok kupuję paczkę jednorazowych podpasek na wypadek sytuacji, gdy stosowanie wielorazówek mogłoby być bardzo utrudnione (np. w podróży), ale zwykle używam wielorazowych podpasek (też od Kokosi), ewentualnie kubeczka menstruacyjnego, którego w przeciwieństwie do wielu kobiet nie darzę wielką miłością, tak jak nie przepadałam nigdy za tamponami. Kwestia gustu i trybu życia. Rozumiem popularność tego rozwiązania, nie podzielam entuzjazmu. Pranie podpasek nie stanowi dla mnie problemu, po użyciu zapieram w zimnej wodzie, zostawiam namoczone w wodzie z olejkiem eterycznym w zamkniętym pojemniku (nikt nie musi tego oglądać oprócz mnie), piorę w pralce przy okazji prania ręczników lub pościeli.

  8. Gotowe balsamy i peelingi do ciała. Sklepowe produkty zwykle nie odpowiadają moim wymaganiom, nawet te droższe. I znowu miłość do samoróbek bierze górę. Wolę wydać czasem nieco więcej na półprodukty, naturalne masła, np. kakaowe czy shea, dobrej jakości oleje, olejki eteryczne, kwas hialuronowy w żelu, i ukręcić sobie coś fajnego. Domowe peelingi to w ogóle banał w wykonaniu i sama przyjemność stosowania. Teraz mam w lodówce zapas peelingu na bazie cukru i płatków różanych, pachnie obłędnie i wspaniale wygładza skórę. Prócz tego kilka miesięcy temu w końcu przekonałam się do szczotkowania skóry na sucho, to świetny masaż, a przy okazji również metoda na usunięcie obumarłego naskórka.

  9. Produkty do golenia (pianki, żele). Nogi, pachy i okolice bikini golę maszynką wielorazową (męską, damskie są okropnie tępe, zwykle droższe i na dodatek często w kolorze wściekle różowym). Do golenia używam spienionego mydła.

  10. Lakiery do paznokci. Był taki okres, gdy bardzo lubiłam mieć kolorowe paznokcie i regularnie korzystałam z manikiuru i pedikiuru hybrydowego. Kosztowne rozwiązanie, ale wygodne i trwałe. Przyszedł jednak moment, gdy poczułam zmęczenie. Od prawie dwóch lat mam bezbarwne paznokcie, używam jedynie tak zwanej odżywki. Dobrze mi z tym, wolę dodawać sobie koloru w inny sposób, na przykład zakładając czerwoną sukienkę lub buty.

  11. Maseczki do twarzy w saszetkach, maski w płachcie/płacie, kosmetyki w miniopakowaniach podróżnych. Mogłabym sięgnąć po takie produkty tylko w celu wypróbowania nowego kosmetyku z zamiarem kupienia pełnowymiarowego opakowania, jeśli specyfik się sprawdzi. Na podróż przekładam produkty używane na co dzień do mniejszych, wielorazowych opakowań, małych pudełeczek czy butelek.

  12. Akcesoria do mycia ciała - gąbki, myjki, rękawice. Nie lubię, nie widzę u siebie zastosowania. Szczotka wystarczy.

  13. Produkty i akcesoria do układania włosów, oprócz suszarki. Nigdy nie lubiłam tak zwanego modelowania włosów. Celowo dążę do jak najprostszej fryzury, która nie wymaga więcej uwagi niż pielęgnacja. Mam bardzo długie włosy i chcę jeszcze parę centymetrów zapuścić, przede wszystkim zależy mi na tym, by były one mocne, zdrowe i lśniące.

Grupa II. Kuchnia:

14. Żywność wysoko przetworzona, dania gotowe. Raczej oczywistość, coraz więcej osób dokonuje takich wyborów. U mnie nie jest to kwestia jakiejś ideologii, cenię sobie dobre samopoczucie i dlatego zwracam sporą uwagę na to, co jemy. Wyniosłam to z domu rodzinnego i jestem moim rodzicom bardzo wdzięczna za to, że nie nauczyli mnie śmieciowego jedzenia. Próby kupowania gotowców zawsze kończą się w naszym domu tym samym: stwierdzeniem, że domowe lepsze.

15. Gotowe sosy do sałatek, keczup, majonez. Wynika z powyższego. Nie te smaki, nie ten skład. Zrobienie sosu do sałatki to kwestia chwili. Majonez jadamy rzadko, wtedy przygotowuję go sama, ten sklepowy nam nie smakuje. Keczup robię późnym latem na bazie pomidorów i cukinii, gdy warzywa te są w wielkiej obfitości, cukinię dostaję od Mamy z ogrodu, pomidory kupuję na targu za grosze, zapas sosu wystarcza nam do kolejnego roku.

16. Mieszanki przypraw, fiksy itp. Znów to samo: z podstawowych przypraw, jakie mam w kuchni, można przygotować dowolny zestaw w moment. Wyjątkiem jest mieszanka do chilli con carne, którą kupuję od lat i lubię, a skład ma w porządku.

17. Słodzone napoje, soki owocowe, woda butelkowana. Przesłodzone sztuczne smaki, dziwne barwniki. Soki z koncentratu, w praktyce sam cukier. W lecie oprócz wody i kawy pijemy czasem mrożoną domową herbatę, zieloną, owocową. Z wodą nie było tak łatwo, bo wprawdzie krakowską wodę z wodociągu można pić bezpiecznie bez przegotowania, lecz nam po prostu nie smakowała. Rozwiązaniem okazał się tak zwany saturator, syfon do przygotowywania napojów gazowanych (taki). Owszem, jednorazowy wydatek kilkuset złotych, ale sprawdził się doskonale. Jedyny koszt eksploatacyjny to wymiana nabojów z CO2, jednorazowo niecałe 30 złotych, a nabój wystarcza na około 80 litrów wody.

18. Krojone paczkowane sery i wędliny. Szybko wysychają. Wolę kupić ser lub wędlinę w kawałku i pokroić przed podaniem.

19. Jedzenie na wynos, z dowozem do domu. Może to dziwne, ale nigdy nie zamawialiśmy jedzenia do domu. Żadnej pizzy, fast-foodów etc. Dopiero w trakcie koronawirusowego zamknięcia parę razy zamówiliśmy coś z dowozem, bo brakowało nam wyjść do restauracji, a przy okazji chcieliśmy wspierać ulubione lokale. Okazało się, że to nie to. Brakuje atmosfery, dania niby takie same, a jednak tracą na smaku. Po raz pierwszy i chyba ostatni w życiu zamówiliśmy też pizzę do domu, dla męża, ja nie mogę jeść ze względu na nietolerancję pokarmową. Werdykt był znów taki sam: nie warto.

20. Jajka ze sklepu. U nas jajek je się naprawdę sporo, codziennie. Mamy szczęście możliwości kupowania ekologicznych jaj bezpośrednio od producenta, z gospodarstwa, w korzystnej cenie. Wiem, nie każdy ma takie opcje, ale jeśli można, warto z tego korzystać. Smak takiego jajka nie ma sobie równych, sklepowe zerówki nawet się nie umywają. A na dodatek możliwość zobaczenia miejsca, w którym hodowane są kury, posłuchania ich gdakania i marudzenia, poznanie ludzi, którzy pracą własnych rąk przyczyniają się do tworzenia naturalnej żywności - tak, to prawdziwy przywilej.

21. Kapsułki, filtry do kawy, herbata ekspresowa w torebkach. I kawę, i herbatę, i zioła kupujemy w postaci sypkiej. Torebki czy kapsułki to tylko pozorne ułatwienie, za to powstaje mnóstwo niepotrzebnych śmieci. Kawę zaparzamy w klasycznej włoskiej kawiarce, herbaty w dzbanku ceramicznym z koszyczkiem.

22. Jogurty smakowe, serki. Owszem, jadamy nabiał. Jednak wszystkie gotowe jogurty owocowe czy smakowe serki kanapkowe to mnóstwo niepotrzebnych dodatków, wypełniaczy, konserwantów i nie wiadomo czego jeszcze. Gdy nachodzi nas ochota na warianty smakowe, przygotowujemy jogurt lub twarożek na bazie zwykłego naturalnego z dodatkiem owoców sezonowych, rzodkiewki i szczypiorku etc. Znowu to samo: smak bez porównania lepszy.

23. Słodycze. Oprócz gorzkiej czekolady o zawartości co najmniej 75 % kakao. Od gotowych słodyczy wolę owoce, a czasem, raz na kilka miesięcy piekę jakieś proste ciasto, sernik lub szarlotkę, brownie. Z dobrych składników, takich, jakie lubimy. W sezonie letnim zdarzy się kilka razy zjeść lody z jakiejś małej tradycyjnej lodziarni.

24. Czipsy, przekąski, paluszki, chrupki, batoniki. Brak przyzwyczajenia, takie produkty nam nie smakują. Są za słone, za słodkie, zbyt sztuczne, dziwnie pachną. Okazjonalnie zjadamy orzeszki ziemne, migdały, pestki słonecznika, orzechy włoskie.

25. Budynie, kisiele, galaretki. Znowu niechęć do sztucznych smaków. Sporadycznie przygotowuję galaretkę czy deser z użyciem żelatyny, ale gotowców nie uznaję.

26. Gadżety kuchenne. Szeroko pojęte ułatwiacze i przyspieszacze gotowania. Z małego AGD mamy obecnie blender kielichowy, mikser ręczny i wolnowar. Wszystkie w systematycznym użyciu. Całą resztę kuchennych czynności mogę wykonać z użyciem podstawowych narzędzi, czyli ostrych noży, tradycyjnej tarki, zwykłych naczyń.

27. Kubki na herbatę. Mamy w sumie pięć kubków, trzy filiżanki na kawę, dwie malutkie do espresso. Więcej nam nie potrzeba. Nawet nie oglądam takich przedmiotów w sklepach.

28. Jednorazówki: naczynia, kubki, sztućce, słomki do napojów. Przy obecnym trybie życia nie potrzebujemy takich przedmiotów. Gdybym organizowała jakieś większe spotkanie towarzyskie w domu, poradzilibyśmy sobie z tymi naczyniami, które mamy, nie jest przecież powiedziane, że wszyscy goście muszą jeść na takich samych talerzykach czy pić z identycznych szklanek. Słomek nigdy nie używałam, nie wiem, czemu ludzie w ogóle uważają je za coś potrzebnego.

29. Ryż lub kasza w woreczkach do gotowania. Gotowanie jedzenia w woreczku z tworzywa wydaje mi się nie tylko niezdrowe, ale i moim zdaniem nie pozwala na kontrolowanie stopnia ugotowania ziaren. Poza tym wymusza wielkość porcji. Wolę produkty kupowane na wagę lub w paczce, wymagające odmierzenia potrzebnej ilości.


Grupa III. Garderoba:

30. Nowe dżinsy i ciuchy z sieciówek. Dżinsy i ubrania popularnych marek sieciowych (takich jak Zara, H&M) kupuję jedynie z drugiej ręki, w komisie lub second-handach. Tym bardziej, że takie sklepy są pełne ładnych i prawie nie noszonych rzeczy. Wyjątkiem są majtki i skarpetki z H&M, lubię ich zestawy, jakość dla mnie jest w porządku, a z wiadomych względów takie elementy kupuję tylko nowe.

31. Sztuczna biżuteria. Obecnie mam tylko kilka sztuk srebrnej biżuterii, są to rzeczy ulubione, przemyślane, z historią. Sztucznej nie lubię, wolę mieć kilka pięknych elementów, które będą ze mną jeszcze przez wiele lat.

32. Kostiumy kąpielowe. Z dwóch posiadanych kompletów bikini i tak używam tylko jednego, ten drugi w końcu wywędruje w świat.

33. Ubrania wymagające prasowania. Prasowanie to jedna z tych czynności, na które naprawdę szkoda mi czasu. I rzeczy, które go wymagają, mam naprawdę niewiele. Konieczność prasowania nie zniechęci mnie do kupienia pięknego ubrania, ale będzie istotnym argumentem przeciwko zakupowi. 34. Ubrania i obuwie spoza zaplanowanej listy. Gdy wybieram się na zakupy odzieżowe, zawsze wiem, czego konkretnie szukam, także w second-handzie. Określony fason, grupa tkanin, zakres kolorystyki. Nie wymyślam sobie dokładnie szukanej rzeczy, ale wiem, do czego ma pasować, na jakie okazje, jakie ma spełniać warunki. Zostawia mi to pewien margines swobody, ale też zawęża zakres poszukiwań.

35. Torebki, buty, akcesoria. Dopóki nie zniszczą się te, które mam.


Grupa IV. Dom, wyposażenie wnętrz:

36. Wszelkie łapacze kurzu i durnostojki. Zasada jest prosta: wszystko, co znajduje się w widocznych miejscach w mieszkaniu, ma pełnić jakąś funkcję lub być bardzo ładnym przedmiotem. Szkoda mi życia na ścieranie kurzu z miliona drobiazgów, których na co dzień się nawet nie zauważa. Główne dekoracje w naszym mieszkaniu to obrazy mojego dziadka i siostry, zdjęcia z podróży, rośliny ozdobne (nie tylko ozdabiają, ale i oczyszczają powietrze), świece.

37. Dekoracje sezonowe, ozdoby świąteczne, choinka. Wystarczą wspomniane świece, czasem świeże kwiaty, gałąź kwitnącego krzewu, w okolicach Bożego Narodzenia kilka gałązek świerka z ogrodu mojej Mamy. Mamy też miniaturową choinkę z drewna, którą wyciągam w zimie.

38. Syntetyczne świece zapachowe, odświeżacze powietrza. Sztuczne i niezdrowe zapachy, których lepiej nie wdychać. Lubię, gdy mieszkanie pachnie świeżością, olejkiem eterycznym użytym do sprzątania, kadzidełkiem, domowym chlebem lub obiadem, chociaż niekoniecznie rybą ;-)

39. Magnesy na lodówkę. Zdarza mi się kupować je dla innych osób, jeśli wiem, że je lubią i kolekcjonują. Sama czasem dostaję w prezencie, wtedy przekazuję je dalej.

40. Płyty CD/DVD. Kolejna oczywistość. Przez serwisy streamingowe stały się niepotrzebne, skoro wystarczy mieć dostęp do internetu, by móc oglądać, słuchać i eksplorować bez ograniczeń muzykę, filmy i koncerty z całego świata i każdego gatunku.


Grupa V. Różne:

41. Trwałe pamiątki z podróży. Najlepszą pamiątką jest wspomnienie, wspomagane zdjęciami lub wideo. Z rzeczy nietrwałych przywozimy czasem oliwę, lokalne zioła, mydła rzemieślnicze, sery, wino. Przedmioty trwałe rzadko, bardzo rzadko. Bywa, że kupię sobie jakiś element stroju, jak ten szal, kilka lat temu wypatrzony w małym sklepiku na Santorini. Brakowało mi takiego akcesorium, przydaje się często, jest świetnej jakości.

42. Tak zwane case'y na telefon. Rozumiem przydatność takiego gadżetu, zapobiega między innymi wyślizgiwaniu się aparatu z dłoni, ale nie odczuwam potrzeby posiadania więcej niż jednego. Teraz używam przezroczystego etui, które było w zestawie z telefonem, póki się nie zniszczy, nie szukam innego.

43. Jednorazowe torby na zakupy z tworzywa sztucznego. Też sprawa oczywista. Od wielu miesięcy używam toreb z płótna i woreczków z siateczki bawełnianej, zawsze mam przy sobie kilka sztuk, by nie musieć sięgać po plastikowe jednorazówki. Rzadko czynię wyjątki, na przykład niedawno musiałam zaopatrzyć się w kilka plastikowych toreb, by spakować rzeczy, które zawoziłam na krakowski eco-swap, czyli wymiankę odzieżową, ale wiem, że te torby nie wylądują od razu w śmietniku.

44. Czasopisma. Przy dostępności i obfitości treści w internecie nie odczuwam potrzeby sięgania po papierowe gazety, kupuję wybrane tytuły dla Mamy, ale sama nie korzystam.

45. Notatniki, zeszyty. Lubię, ale mam zapas na długo. Dopóki nie zużyję, nie ma sensu kupować kolejnych.

46. Smartwatch, opaska fit. Owszem, zależy mi na odpowiedniej dawce ruchu na co dzień. Jednak nie mam potrzeby ciągłego monitorowania swojej aktywności, nie przygotowuję się do zawodów, nie trenuję do maratonu (myślę, że w takich sytuacjach ma to sens). Był moment, gdy mierzyłam ilość dziennych kroków, bo wydawało mi się, że mam dość ruchu, ale było to tylko złudzenie. Teraz znam już swoje potrzeby i czuję, gdy jestem zbyt mało aktywna, bez pomocy elektroniki.

47. Abonament telewizji kablowej. Bez telewizji żyje się lepiej. Po prostu.

48. Książki. Od roku korzystam z abonamentu Legimi, na książki elektroniczne, poza tym wciąż mam w swoim otoczeniu mnóstwo ciekawych oczekujących lektur. Czasem dostaję książki w prezencie od najbliższych (wiedzą, co lubię). Nie mam więc na razie potrzeby kupowania czegokolwiek do czytania, z wyjątkiem literatury fachowej związanej z pracą zawodową.

49. Najnowsze urządzenia elektroniczne. Zmieniam telefon czy komputer dopiero wtedy, gdy poprzednik przestaje nadawać się do użytku i nigdy na najnowsze modele, zawsze na te sprzed co najmniej roku, dwóch. Na przykład laptop kupiłam jako sprzęt poleasingowy, jestem z niego bardzo zadowolona, bo to supermaszyna, chociaż nie jest żadną technologiczną świeżynką.

50. Okulary przeciwsłoneczne. Nie potrzebuję więcej niż jednej pary. Te, które mam teraz, trzeba będzie za jakiś czas wymienić, bo coraz więcej uszkodzeń widzę na ich powierzchni, ale póki nadają się jeszcze do użytku, wystarczy jedna sztuka.


Uff. Trochę się tego uzbierało. Domyślam się, że reakcje na takie zestawienie mogą być rozmaite. Być może niektórzy poczują irytację, inni znudzenie, a kto inny może przez chwilę zastanowi się nad swoimi wyborami. Myślę, że mój wykaz jest nieco w duchu less waste (mniej śmieci), chociaż daleko mi do podejścia zero waste. W końcu jem przecież mięso, używam również gotowych kosmetyków, płynu do naczyń i do prania, sporo jeszcze w naszym codziennym życiu opakowań z tworzywa sztucznego. Poza tym opisałam stan na dzisiaj, rok 2020, co będzie za jakiś czas, jakie zmiany zajdą w moim podejściu, czas pokaże. Wiem, że chcę dalej szukać. Na przykład mam zamiar popróbować szczęścia z szamponami w kostce, by chociaż na wyjazdy zabierać kostkę, a nie płynne produkty. Chodzi mi również po głowie, by próbować odejść od niektórych produktów sprowadzanych z daleka, jak olej kokosowy i inne pochodne kokosa, w większym stopniu postawić na bliższe geograficznie produkty, chociażby ograniczając się do tych, które pochodzą z naszego kontynentu. Nie zrezygnuję z kawy, kakao czy wina, ale być może od stosowania oleju kokosowego nie było by trudno odejść. Szukam prostoty, ale też dążę do bardziej świadomych decyzji ekologicznych i konsumpcyjnych. Nie jestem w stanie nie wywierać negatywnego wpływu na środowisko, ale mogę nad tym pracować, bo przecież nasze życie to suma milionów małych decyzji.


Żadne z zamieszczonych w tym wpisie odesłań do konkretnych produktów czy marek nie jest współpracą ani płatną promocją. Zawsze wyraźnie zaznaczam, czy czerpię jakąkolwiek korzyść materialną w związku z blogiem czy innymi kanałami publikacji.


Jeśli ten wpis przypadł Ci do gustu, nie wahaj się nim podzielić z osobami, które Twoim zdaniem może on zainteresować. Zapraszam również do wspierania mnie w serwisie Patronite, każda złotówka ma znaczenie, im więcej będzie patronów, tym łatwiej będzie mi regularnie publikować i pracować nad książkami.

0 wyświetlenia
  • White Facebook Icon
  • White Instagram Icon
  • YouTube

©2020 Anna Mularczyk-Meyer

Utworzono z pomocą wix.com